Odchodzę, wracam, odchodzę, wracam... Zaryzykuję znów.
***
I stand alone
Noone's by my side
I'll dare you
Come out
You coward
Now it's me or you
Blind Guardian, Time stand still (at the Iron Hill)
***
Obudziła się z potwornym bólem głowy. Szukając po omacku swej broni, przeszukiwała również są pamięć. Wyjaśnienie zwaliło się na nią przynosząc na usta imię Shema. Zerwała się gwałtownie z ziemi i nagle tego pożałowała. Niebo rozbłysło tysiącami gwiazd, a ziemia zakołysała się, jak matka tuląca niemowlę do snu. Nie zważając na nasilający się ból, pobiegła ku wybrzeżu.
Biegła i upadała, by ponownie się podnieść. Krzewy raniły jej twarz i ciało, ale Tancereczka już nie czuła bólu. Biegła, a morze łagodnie śpiewało swym szumem, nie przybliżając się ani na krok. Wabiło delikatnym powiewem chcąc coś powiedzieć. Było przyjemnie chłodne. Powodowało, że ubrania stawały się niezwykle ciężkie. Tancereczka, stojąc po kolana w wodzie zlepiała swój wzrok w oddalający się statek. Na krawędzi majaczył niewyraźny kontur czyjejś postaci.
- Shema! – wyrwało się jej z piersi, a echo odbijało ten krzyk w nieskończoność.
***
- Blasku? Słyszałeś?
- Nie, niczego nie słyszałem. Musiało ci się przesłyszeć.
- Tak – powiedziała Shema – w zupełności masz rację. - rzekła, kierując swój wzrok ku górze. Niebo błyszczało tysiącami gwiazd, a morze śpiewało swą cichą pieśń. Mężczyzna oparł się o burtę i z lekkim uśmiechem wpatrywał się w morską toń, zupełnie jakby widział starego przyjaciela.
- Moja towarzyszko – wyszeptał – tyle długich i samotnych lat szukałem cię po morzach i oceanach. Teraz, gdy powróciłaś, jestem pewien, że nasze marzenie się spełni.
- Wybacz mi. - mężczyzna oderwał wzrok od wody i spojrzał na nią.
- Wiem. Już nie mów nic więcej, wsłuchaj się w tę pieśń morza, które oboje tak ukochaliśmy. Ono nas połączyło, dało nam nasze największe szczęście Jesteś córą morza, a ja jej synem. Tylko ono jest w stanie wyśpiewać smutek i nostalgię naszego życia.
- Wiem, Blasku. Właśnie to zrozumiałam.
***
Biegła przez pola przez łąki i las. Byle prędzej. Ile razy upadła, tyle się podnosiła. Biegła nie czując bólu, serce mając w gardle. A w myślach wciąż gorączkowo powtarzała jedno imię.
***
- Shema. Porwali! Kahl! – wykrzyknęła wbiegając do kwater głównych. Poranne promienie słońca wdzierały się do surowo urządzonej izby. Delikatna gra światła skupiała się na jednym przedmiocie, to przenosiła się nagle na drugi. Wnętrze biło miłym ciepłem wstającego dnia i dogasającego płomienia.
- Jeszcze raz, powoli, Tancereczko – rzekł Kahl zrywają się z posłania.
- Shema. Ona odeszła... - głos załamał się jej niebezpiecznie, a przed oczyma stanęła majacząca postać na statku. Czuła wzbierający przypływ i szumiące morze łez. Odgoniła je od siebie stanowczo przecierając oczy wierzchem dłoni. - Nie pamiętam, co dokładnie się stało. Ta misja, która nam dałeś...
- Wiedziałem.... - wódz skierował swój wzrok na okno.
Loravandrel jakby nie zauważając roztargnienia wodza zdyszana opadła na podłogę.
- Ona odeszła. Ten, na którego było zlecenie... On... zabrał ją. - i poczuła jak zabiera ją słone morze, którego przypływy i odpływy targały nią, jak małą łódką o postrzępionych żaglach, która wypływając na pełne morze nie ma szans przetrwania. O której wiadomo, że zatonie.
- Uspokój się. Zacznij od początku. -Tancereczka ponownie przetarła twarz dłonią i podniosła się z twardej, drewnianej podłogi.
- Kahlu – wyprostowana stanęła przed wodzem – Przeczytaj swe rozporządzenie dotyczące ostatniej misji. - nie czekając na reakcję człowieka podeszła pewnym krokiem do biurka, wybijając rytm obcasami i niemalże rzuciła w dowódcę pergaminami. - czytaj. - Paladyn jakby niepewnie spojrzał na elfkę i napotykając jej twardy i nieugięty wzrok zatopił się w lekturze.
- Rozporządzenie nr 219. Wysłałem was, abyście potwierdziły informacje dotyczące floty, która dobiła do brzegu. Miała to być prosta misja zwiadowcza....
- Bloede – wykrzyknęła Tancereczka przerywając mu – zamknij się, cholerny człowieku. Ty niczego nie wiesz. Ty nie rozumiesz. Siedzisz w tej cholernej kwaterze i masz gdzieś nasze losy. Nie interesuje cię los żadnego z nas. Piszesz jedynie suche rozporządzenia, a straty zapisujesz na tym śmiesznym pergaminie. Dla Ciebie śmierć to jedna cyferka nakreślona na kawałku papieru. Nie... - Kahl przerwał jej.
- Zamilcz. I nigdy więcej tak nie mów. - Kholtar uderzył Loravadrel w twarz. Elfka złapała swój policzek i ze strachem wpatrywała się w oblicze wodza, w którym narastała złość. - Nigdy więcej nie waż się tak mówić, rozumiesz? - potrząsną nią delikatnie. - Ta misja miała was do siebie zbliżyć. Nikt, z mojej drużyny nie może czuć się obco. - westchnął i zamilkł na dłuższą chwilę. - Wydaje mi się, że najwyższa pora powiedzieć Ci, co wiem o Shemie. Proszę, nie przerywaj mi. - dodał pospiesznie widząc, że Tancereczka próbuje coś powiedzieć. - Tak właściwie, nie wiem, jak ma na imię. To ja nazwałem ją Shemą. Ale powinienem zacząć od początku. Owa historia nie zaczyna się dawno, dawno temu, ani nie kończy się szczęśliwie, a bohaterowie nie żyją długo i szczęśliwie, gdyż nie takie ich Przeznaczenie. Wioska, w której wszystko wydarzyło się ponad dwadzieścia lat temu znajdowała się w pobliżu morza. Było to zwyczajne, portowe miejsce, położone z dala od pozostałych wiosek. Społeczność składała się głównie z rybaków. To morze stanowiło centrum. Żywiło, dawało ochronę i było horyzontem myślowym. - wódz zamyślił się na dłuższą chwilę spoglądając przez okno. Słońce schowało się za ciemnymi chmurami. Maleńkie krople zaczynały uderzać o ziemię i okno kwatery. - Wioska została napadnięta. Mogę jedynie przypuszczać dlaczego tak się stało. Zapewne chodziło o grabież miasta, które jest łatwym łupem. Odgrodzone morzem, bez sąsiedztwa... Z drugiej zaś strony – doprał po kolejnym westchnieniu – nie rozumiem, po co napadać rybacką wioskę. Na pewno nie byli zbyt bogaci. Z mojej rachuby wynika, że była to zwykła zabawa młodzieniaszków. - popatrzył na elfkę, pewien, że zobaczy na jej twarzy łzy lub wściekłość. Pomylił się. Twarz Tancereczki nie wyrażała żadnych uczuć. Usta miała zaciśnięte tak, że tworzyły wąską kreskę, a oczy były puste. Zaskoczony reakcją kontynuował kontynuował po kolejnym już westchnieniu. - Zgnięła cała wioska oprócz Shemy. Zaskoczona? Czyżby Ci to coś przypominało? - nie czekając na odpowiedź Lory kontynuował – Do końca nie wiem, jak to się stało, że tylko ona przeżyła. Z logicznego punktu widzenia wydaje się to być niemożliwe. Nie mam pojęcia, jak to się stało. Nigdy mi też o tym nie powiedziała. Wiedz – przeniósł spojrzenie na elfkę – że jedyna osoba, która przeżyła takie wydarzenie, musi mieć coś na sumieniu.
- Zamilcz. Nic o tym nie wiesz. - odpowiedziała zimno zaciskając usta jeszcze mocniej, aż stały się prawie białe. - szybkim ruchem znalazła się tuż przy wodzu. Kahla nie po raz pierwszy zaskoczyła jej zwinność. Uśmiechnęła się mściwie, zadowolona z reakcji, jaką wywołała, odsunęła się.
- Na tym nie koniec dziwnych zbiegów okoliczności. - kontynuował, jakby nic nie zaszło – niedługo później po Shemę przybył ktoś statkiem. Udało mi się ustalić, że to był Błysk. Tak go zwą. Prawdziwego imienia nigdy nie wyjawił. Był to człowiek morza. Urodził się i wychował na statku. Nie wydaje się być zwykłym rybakiem... - zdając sobie sprawę z fragmentaryczności opowiadania Kahl z roztargnieniem gładził się po brodzie. - Rozumiesz?
Odpowiedziała mu cisza. Westchnął i kontynuował.
- Zabrał młodziutką Shemę pod swe żagle. Dosłownie i w przenośni. Zdaje się, że zapłonęło coś więcej niż pochodnia. - uśmiechnął się znacząco
- Dlaczego?
- Co? - brwi wodza ściągnęły się
- Dlaczego z nim poszła?
- Nie wiem. Znowu mogę tylko przypuszczać. Była młoda, zapewniał jej przeżycie. Co miałaby zrobić sama, w wyludnionej wiosce? Prędzej czy później dopadłaby ją jakaś zaraza. Sama nie dałaby rady wszystkich pogrzebać. A może fascynował ją człowiek znikąd? Albo obiecał jej zemstę? Wiesz – jego ton stał się bardziej rzeczowy – znam ją nieco dłużej niż ty. Zauważyłem, że jest dosyć... charakterna. Tak, to dobre słowo. Sądzę, że jest skłonna do zemsty. No i myślę, że fascynowało ją morze. Siedziało gdzieś głęboko w jej duszy. Wychodzi na to, że Błysk pojawił się w odpowiedniej chwili i zupełnie niechcący, a przede wszystkim dosyć szybko ją rozszyfrował. Rozumiesz?
Po raz kolejny odpowiedziała mu cisza.
- Jest jeszcze jedna rzecz. Myślę, że dosyć istotna. Na rok przed przybyciem tu, Shema powiła córeczkę na morzu.
- Co? - oczy Lory rozszerzyły się.
- Jej historia jest nie tylko opowieścią o zniszczonym dzieciństwie, ale i przeciętej wstędze macierzyństwa. Ceara, bo tak miała na imię ich córka, przeżyła tylko trzy dni. Nie wiem, co stało się później. Po raz kolejny mogę się domyślać. Zapewne wzięły gorę emocje. Błysk nie spieszył się z wykonaniem swej obietnicy. Jako człowiek morza ze spokojem nauczył się przyjmować wyroki boskie. Zaś w Shemie narastała złość pomieszana z rozpaczą. Poczuła się zdradzona, a niegdyś dana jej obietnica została złamana. Zrozpaczona matka poszukująca zemsty. Pasuje, prawda? - nie czekał na odpowiedź, tylko kontynuował, a jego oblicze stężało. - Jakież to smutne. - dłonią zrzucił wszystkie pergaminy ze stolika – Ostrzegałem ją. - wściekłość w jego głosie narastała – Przyrzekła, że nigdy nie wróci na morze. Wiedziałem, że ten człowiek będzie jej szukał. Chciałem ją uchronić od tego. Niepotrzebnie testowałem jej wierność. Przy pierwszej lepszej okazji uciekła. - teraz już krzyczał – Uciekła mając coś mojego! Za bardzo w nią uwierzyłem oddając jej to. Złamała podpisany pakt. Nie jest już nim objęta, nie jest jedną z nas! Jest dezerterem. A wiesz co to znaczy? - zwrócił się do Lory. - Tak, doskonale wiesz. - uśmiechnął się mściwie.
- Zamilcz. A więc to jest twoja prawdziwa twarz. Jak wiele masz jeszcze masek? Gardzę tobą. - zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi.
- Rozkazuję ci zostać.
- Już nie jesteś moim wodzem. Nie takim byłeś człowiekiem.Czas zmienia ludzi. U ciebie zmienił maskę. Gardzę tobą, tak jak ty gardzisz naszymi życiami. Prowadzisz jedną wielką grę, w której życie jest pionkiem w grze, a rozkaz ruchem. Wiedz, że ja już odpadłam. Nie gram w twoją grę. Nie zamierzam stać się psem gończym, wolę zostać zwierzyną.
- Uratowałem ci życie, niewdzięcznico!
- Skoro je uratowałeś, to teraz się nim zadław i je zabierz. Rozumiesz?
- Loravandrel! - odpowiedziało mu donośne kłapnięcie drzwiami. - Zdaje się, że nasze spotkanie będzie twoim ostatnim, dezerterko. - powiedział sam do siebie.
